Miesiąc temu późnym wieczorem wróciłem do Calgary z Krakowa. Rano, odurzony jeszcze długim lotem i zmianą czasu, rozmawiałem z ojcem kiedy ten się spytał: A słyszałeś o Guy? Ogarnęło mnie złe przeczucie: Nie, nie słyszałem. Zginął wczoraj w lawinie.
Guy Lacelle w Górach Skalistych przy -30 C
W Polsce nazwisko Guy Lacelle nie było raczej zbyt dobrze znane. Ale wśród wspinaczy lodowych w Ameryce Północnej Guy był postacią legendarną. Był uosobieniem podejścia do wspinaczki lodowej nieomal mnisiego w swej prostocie i surowości. Od ponad dwudziestu pięciu lat Guy wspinał się przeważnie sam (a raczej w towarzystwie swoich ukochanych psów), bez asekuracji, po najtrudniejszych drogach lodowych Ameryki Północnej i Europy.
Zaczął wspinać się w lodzie pod koniec lat 70. W tych czasach sprzęt do wspinaczki lodowej był jeszcze bardzo prymitywny, śruby lodowe zaś szczególnie. Asekurowanie się w pionowym lodzie było o wiele bardziej wyczerpujące od samej wspinaczki, co samo w sobie zachęcało do żywcowania. Ale choć Guy może zaczął żywcować z powodów praktycznych, to wspinał się w ten sposób do końca życia, ponieważ kochał ciszę w górach, towarzystwo swoich psów i płynny ruch w zamarzniętym pionowym świecie.
Na przełomie poprzedniego i tego stulecia wspinanie lodowe przeżywało kryzys a jednocześnie rozkwit. Wspinanie mikstowe miało bowiem swoich wielu adeptów ale też i przeciwników wśród „starej gwardii”. Guy z swoją renomą mógł się odnieść krytycznie do kilkunastometrowych ospitowanych dróg. Ale nie, rzucił się w ten nowy sport z entuzjazmem początkującego wspinacza, i szybko stał się w nim bardzo dobry. Była to dla niego po prostu jeszcze jedna forma zimowej wspinaczkowej zabawy.
W zeszłą sobotę byłem na ostatnim pożegnaniu z Guy. Gdyby był on tylko wspaniałym wspinaczem, nie byłoby tam tyle wzruszających wspomnień i wstrząsających wyrazów bólu. Guy był nie tylko wspaniałym, skromnym wspinaczem ale i wspaniałym, skromnym człowiekiem.
Rok dla Guy dzielił się na dwie połowy: zimą wspinał się, a latem sadził drzewa w Brytyjskiej Kolumbii, której lasy padają ofiara nienasyconego przemysłu. Jak sam kiedyś powiedział, większość ludzi zostawia po sobie dzieci. Jego dziećmi były drzewa, których w swoim życiu zasadził blisko milion.
Guy Lacelle w Pont Rouge, Quebec, przy swoim kamperze. Każdej zimy jeździł nim po Kanadzie i Stanach w poszukiwaniu lodospadów.
Z jednej strony był twardym człowiekiem gór i puszczy, z drugiej zaś kimś lekko stąpającym po tej Ziemi, pełnym szacunku dla każdej żywej istoty. Był nieostentacyjnym ale przekonanym jaroszem; potrafił zatrzymać się idąc ścieżka aby przenieść z niej gąsienice, której groziło rozdeptanie.
Najbardziej uderzyło mnie w przemowach na sobotnim spotkaniu to, że niezależnie czy mówili o nim partnerzy wspinaczkowi czy przyjaciele z zalesiania, to mówili o tej samej osobie. Guy nigdy nie udawał, nie zachowywał się inaczej, zależnie od sytuacji. W sposób prosty i uczciwy był po prostu sobą.
Co do mnie, to będzie mi Guy brakowało każdej jesieni, kiedy pojawiał się w Górach Skalistych po lecie pracy. Każda wspólna wspinaczka była wspaniałą przygodą, którą długo potem wspominałem. Jako że często obieraliśmy sobie ambitne cele, to te przygody nierzadko kończyły się późną nocą. W przypadku naszej próby łańcuchówki Slipstream, Weeping Pillar i Polar Circus, trzech wspaniałych dróg lodowych, przygoda zaczęła się jednego wieczoru a skończyła się dopiero kiedy zapadał już następny. Podczas gdy wspinaliśmy się, nie było nam potrzebne wiele słów: uśmiech w świetle czołówki wystarczał aby potwierdzić jaki wspaniały to życie ma smak.
Marge Lachecki, wdowa po Guy, powiedziała w zeszłą sobotę, że on, który tak bardzo kochał życie, żyje już teraz tylko poprzez nas. Tym bardziej więc zamierzam się tym życiem cieszyć.



Guy Lacelle przed trzema kanadyjskimi klasykami: Slipstream, Weeping Pillar i Polar Circus. W 2002 roku podjęliśmy próbę łancuchówki tych trzech dróg. Nie udało się, ale co to była za wspaniała przygoda!


Starosta